Oczekiwania kontra rzeczywistość… cd.

No proszę, co on sobie myśli, niejaki Tony. Co za tupet, wątpić w moją pasję do koszykówki!? Znalazłam jego dane na wikipedii. Tony to były koszykarz z Chicago. Grał też w Polsce i przeczytałam, że to dzięki niemu drużyna z północy Polski awansowała kiedyś do ekstraklasy. Karierę zakończył w 2010 roku w wieku, no właśnie nie wiem, bo inna strona internetowa odmładzała go o trzy lata. Przyjmuję (wolę) wersję taką, że jest młodszy ode mnie o trzy lata, a nie sześć, więc według wikipedii zawodowo przestał grać, gdy miał 37 lat. Miał ciekawy profil. Widać było, że dużo podróżuje. Ze zdjęcia patrzyła na mnie kopia Denzela Washingtona. Wysoki, wysportowany mężczyzna o cudownie czarnych oczach. Natychmiast, w mojej głowie, nie wiadomo skąd pojawiła się panika i myśl – „Jak dobrze, że biegam” – co w przełożeniu, miało znaczyć – „Jak dobrze, że też jestem wysportowana, o jeden stres mniej.” Patrzyłam na niego do czasu, aż spokojne, instagramowe spojrzenie zaczęło wkradać się do mojej głowy z przeróżnymi myślami. Jedna z nich kazała mi przypuszczać, że skoro zrobił kolaż z moich zdjęć, które nie miały nic wspólnego z koszykówką, to chce przygody. Romantyczna część mnie, jednak chciała się łudzić i na krótką chwilę odleciała w chmury. Byłam z nim na Lazurowym Wybrzeżu, siedzieliśmy na przystani i im dłużej przyglądałam się fotografii, na której samotny mężczyzna moczył nogi w perłowej wodzie, chciałam wierzyć, że mogłabym być blisko niego.

– Mamuś – usłyszałam łagodny głos synka. – Zobacz co zbudowałem.

W sekundę Lazurowe Wybrzeże przemieniło się w pokój, a przede mną stał Kajtek i z dumą prezentował mi zbudowany przez siebie z klocków lego statek. Wkrótce mieszkanie przerodziło się w bazę kosmiczną, aż do wieczora odpierającą atak najeźdźców z kosmosu. Oczywiście ja byłam wrogiem, a Kajtek bohaterem, który mnie pokonał.

Oj, jak późno! Mój mały bohater zasnął wtulony we mnie, strasznie mi gorąco, musiałam przysnąć. Zerknęłam na telefon, no tak zbliża się północ. Jak dobrze, że jutro sobota.

Zdejmując w łazience dresy, moje spocone i rozgrzane ciało poczuło kojący chłód. Wraz z wodą z prysznica w dół spłynęły mrzonki o mężczyźnie z Lazurowego Wybrzeża.

Do łózka położyłam się z książką, lecz zamiast czytać, sączyłam wytrawne wino ze wzrokiem wbitym w ścianę. Jak spróbować móc uwierzyć, że wszystko jest możliwe? Muszę zmienić myślenie o sobie. Nic nie dają słowa przyjaciół, pełne podziwu dla zaradnej, samotnej matki. Wiedziałam, że gdzieś jest druga, ciekawsza, odważniejsza strona mojego życia, do której pchałam się nieudolnie.

Znów nie mogę zasnąć, nie wiem co byłoby lepsze – pustka w głowie, czy wciąż forsujące mój umysł, niespokojne myśli. Przewracam się z boku na bok i znów przepocona, wzdychając, obracam się na plecy. Głaszcząc delikatnie ramiona, szyję, piersi i brzuch próbuję uspokoić swój oddech. To nie pomaga, wstając energicznie od razu robię brzuszki, potem przysiady i pompki. Choć nie chcę przygód, to wracając do łóżka, już naprawdę zmęczona, złapałam za telefon i odpisałam na wiadomość, a raczej na pytanie ciekawskiego koszykarza – Basketball???

– Tak.

Wtulona do poduszki, z obolałym ciałem po intensywnych ćwiczeniach, zasnęłam. Dopiero rano zobaczyłam, że sobowtór Denzela o imieniu Tony znów coś do mnie napisał.

– Kocham twój kraj. Mieszkałem w Sopocie i Gdańsku. Grałem tam w koszykówkę.

– Tak, wiem nawet w jakiej drużynie – odpisałam zgodnie z prawdą. – Ja jestem fanką Wrocławia.

Odpowiedź przyszła jedna po drugiej, gdy siedziałam przy pierwszej porannej kawie.

– Booooo

– Wróg

Naprawdę mnie rozśmieszył.

-Ahahaha, ja mieszkam we Wrocławiu – odpisując, uśmiechałam się sama do siebie, zadziwiona i jednocześnie zdystansowana.

– Pochodzę z Chicago… ale mieszkam we Francji – nadeszła odpowiedź.

Nie potrafiłam wyobrazić go sobie inaczej, jak ze zdjęcia… siedzącego wygodnie w małym kolorowym fotelu z rozpiętą koszulą i rozchylonymi nogami, które w błękitnych jeansach wyglądały na mocno umięśnione. Tony pisał na telefonie, zaczepnie patrząc na mnie…

– Jeśli będziesz wkrótce we Francji, daj mi znać. – Co to za przekaz? Czytając cofnęłam brodę i otworzyłam szeroko oczy – że co? – pomyślałam. Ciut, a właściwie nie ciut, tylko mocno rozczarowana, zastanawiałam się co mu odpisać. Więc „wieczorek zapoznawczy” mamy już za sobą. Heh, odezwał się we mnie głos dziewczyny z prowincji. Nigdy nie podróżowałam sama. Od zawsze, to znaczy, gdy miałam 18 lat, byłam z moim Grześkiem. Potem w wieku 25 lat urodziłam Martynkę, a gdy miałam 38, na świat przyszedł Kajtek i tylko Grześ wykruszył się nam gdzieś po drodze. Co mam ci napisać, kotku? – Ironizowałam w głowie. Przecież nie będę ci się zwierzać, bo jeśli oglądałeś mój profil, to wiesz, że jestem sama z dziećmi. Ok, postanowiłam… będę sobą.

– Jestem zakochana w Paryżu, na pewno kiedyś zabiorę tam swoją córkę – klik, poszło.

– Ok, będę tutaj mój przyjacielu… wrogu.

Znów, się roześmiałam.

– Ahaha, nie jestem wrogiem, to było dawno temu.

– Tak, ale pamiętam, lol. – Kocham Polskę. – Kiedy przyjedziesz, powiem Ci coś o polskich kobietach i mi nie uwierzysz.

Aaaaaaa, on chyba myśli, że skoro kocham koszykówkę, to muszę być jedną z tych kobiet, które się umawiają z koszykarzami. Jakże prawdziwe są w moim przypadku słowa „pozory mylą!”

Mając 17 lat, na widok mężczyzny o blond włosach i niebieskich oczach pierwszy raz poczułam łaskotanie w podbrzuszu. Było wtedy upalne lato. Wówczas znałam już opowieści moich przyjaciółek o utracie dziewictwa. Na polu bitwy zostałam tylko ja, jednak moja emocjonalna niedojrzałość kazała mi wciąż czekać. Broń Boże, nie odczuwałam presji, wręcz przeciwnie, rówieśniczki zrobiły sobie ze mnie słuchaczkę od intymnych zwierzeń. Moja historia o pierwszym razie zaczęła się jak z filmu… wakacje, jezioro, słońce, plaża i boisko do siatkówki. Leżałam z przyjaciółką na wysokim wzniesieniu porośniętym trawą, gdy usłyszałyśmy głośne brawa. Podnosząc się leniwie, porażona jasnością słońca, zobaczyłam zapełnione zawodnikami boisko do siatkówki. Przymrużyłam oczy i zmarszczyłam nos, żeby wyraźniej zobaczyć co się tam działo. Dookoła boiska stał tłum kibiców, większość z nich, jak zauważyłam, to były piękne, młode dziewczyny w bikini. Beti, moja towarzyszka, nie mówiąc nic złapała mnie za rękę i z górki pognała w tłum. Po kilku minutach, dostrzegłam na boisku serwującego „Anioła” odzianego tylko w szorty. Podobało mi się w nim dosłownie wszystko. Miał idealnie przystrzyżone blond włosy, błękitne oczy i gdziekolwiek patrzył, widziałam w nich jego duszę. Czas stanął w miejscu, tylko ten cud mężczyzna poruszał się podskakując, przykucając, podnosząc ręce, albo wyciągając je przed siebie… byłam zrozpaczona, kiedy mecz dobiegł końca i wszyscy się rozeszli. Jeszcze widok odchodzących siatkarzy, w towarzystwie pięknych kibicek w bikini zupełnie mnie dobił.

Wieczorem spacerowałyśmy po plaży i tym razem to Beti zamieniła się w słuchaczkę. Opowiadałam jej o swoich dziwnych odczuciach, jakich doznałam. Moja nietypowa mieszanka optymistki, romantyczki i melancholiczki snuła co raz to nowe przemyślenia na temat marzeń i ludzkich pragnień. Stwierdziłam wtedy, że z tym cud mężczyzną mogłabym przeżyć swój „pierwszy raz.” Tylko, czy mój ideał, chciałby się całować z wysoką, chudą małolatą? Kochana Beti, taktownie wzdychała, gdyż naprawdę nie wiedziała jak mnie pocieszyć. Nie mam pojęcia, czy istnieje siła przyciągania myśli, czy przeznaczenie, ale w tym samym czasie, nie wiadomo skąd, na plaży pojawiła się grupka rozbawionego towarzystwa. Idąc ku sobie dostrzegłam mojego mężczyznę. To cud, że mijając się z nim, nogi nie odmówiły mi posłuszeństwa. Moje myśli krzyczały do niego – Hej jestem Twoja, nie zmarnuj tego! – pomimo nieznanych dotąd uczuć i wielkich rozterek, szłam na nieugiętych nogach z podniesioną głową. Na szczęście moment, w którym nasze spojrzenia odnalazły się w półmroku, sprawił że moje nieme wołanie zostało rozszyfrowane.

Oczekiwania kontra rzeczywistość…

     – Renata – uścisnął niepewnie moją zimną dłoń.

Jego odwaga i bezpośredniość zawładnęły mną i Jolą. Dołączył jeszcze do nas klasowy wesołek. Dawno się tak nie uśmiałam. Byłabym głupia, gdybym nie zauważyła, że Marek nie spuszczał ze mnie wzroku. Czułam się z tym dobrze, choć zakamuflowana ja, nie potrafiłam tego okazać.

Drogi powrotnej prawie nie pamiętam, pod domem obudził mnie przesympatyczny mąż mojej śpiącej Joli, z którą się nie pożegnałam.

Uroki dnia codziennego uśpiły moje myśli o Marku, kiedy pewnego wieczoru dostałam od niego wiadomość na Messengera i zaproszenie do grona znajomych na Facebooka.

Przesłał mi plik zdjęć z imprezy klasowej wraz z załączoną informacją o jego fascynacji moją osobą. Chciał się spotkać. Pisał, że będzie rano, służbowo w moim mieście i chętnie zje ze mną śniadanie. Na Facebooku miał zamieszczone tylko jedno zdjęcie z synami. Zgodziłam się, Kajtek był w szkole, Martyna na studiach, a ja do pracy szłam na dziesiątą.

Podjechałam do lokalu, gdzie można było zjeść pyszne śniadanie. Przy wejściu zauważyłam kolegę, przyglądającego się z wielkim zdziwieniem sytuacji, w której mnie zastał. Pewnie dlatego, że kiedyś chciał się umówić na kawę. Zbyłam go grzecznie wyjaśniając, że w ogóle nie chodzę na spotkania. Marek już czekał, dostrzegając mnie wstał i z uśmiechem odsunął krzesło, abym mogła usiąść. Stres odebrał mi mowę i lekkość chodzenia. Na dzień dobry musnął ustami mój policzek. Polubiłam śniadania w jego towarzystwie, od tamtej pory dzwonił do mnie codziennie oprócz weekendów. Po czterech miesiącach wyznał, że mnie pragnie! I owszem myślałam o takiej chwili, ale paraliż niszczył moje wyobrażenia o tym.

Zgodziłam się, lubiłam go bardzo, nasze spotkania i rozmowy były beztroskie. Pamiętam, ten moment jak dziś. Wczesny ranek w pokoju hotelowym, długie jasne firany przywitały nas falując przy otwartym oknie. Oto ja panna z odzysku, stałam przed Markiem jak przestraszona dziewica. Rozbierał mnie powoli wodząc wzrokiem za swoimi dłońmi. Jedyna myśl jaka przyszła mi do głowy, to „zacznij go rozbierać, bo za chwilę będziesz stała naga przed ubranym mężczyzną.” Nie wiem jakim cudem, ale zaczęłam równie powoli rozbierać Marka, a mój rozbiegany wzrok krążył pomiędzy jego dłońmi i moimi.

Naga prawda… rozebrani zbliżyliśmy się do siebie, on dłońmi muskał moje plecy i pośladki, a ja trzymając jego policzki całowałam badawczo go w usta. Nawet hotelowa, wykrochmalona pościel, nie była w stanie ochłodzić rozgrzanych ciał.

Ach, jak smakowało mi śniadanie. Śmialiśmy się ze wszystkiego, lubiłam w Marku jego naturalność.

     – Myślałem, że jak dziewczyna nie uprawia długo seksu, to jest tam bardzo ciasna – powiedział Marek, puszczając do mnie oczko, zza wazonu z kwiatami.

Mógłby darować sobie ten teks, ale tylko tak potrafił żartować.

     – Uff, a ja pomyślałam, że masz małego – odpowiedziałam zupełnie niezgodnie z moim charakterem.

W pracy, zaniepokojone dziewczyny pytały, czy nie mam uczulenia, ponieważ widoczne części mojego ciała, łącznie z twarzą oblegane były czerwonymi plamami. To jedynie był skutek namiętnych pieszczot i pocałunków, których moja skóra doświadczyła po długiej przerwie. Tego dnia byłam bardzo dotleniona, gdyż wciągałam głęboko w nozdrza parujący ze mnie zapach Marka.

Nasza intymna znajomość trwała rok, a dokładnie do dnia, kiedy moja dobra koleżanka ze studiów, pokazywała mi na swoim telefonie komórkowym zdjęcia z Sylwestra, spędzonego w górach z przyjaciółmi. Spostrzegłam na nich Marka w towarzystwie dwóch pięknych blondynek i wiedziałam już że mnie okłamał. Zapytałam od niechcenia, kim jest ten gostek z blondynami? Mój Marek przecież Nowy Rok miał przywitać w Austrii ze swoimi synami, w towarzystwie siostry i jej męża. Odpowiedziała, że biznesowy kolega jej męża z żoną i siostrą.

Chociaż było mi źle, to nie bolało tak mocno. Kiedy zadzwonił, jak zwykle umówiliśmy się na spotkanie. Do samochodu szłam spokojna, na widok uśmiechającego się do mnie Marka kąciki moich ust bezwiednie powędrowały w górę. Wsiadłam do środka i zanim stęskniony zdążył mnie pocałować powiedziałam, że to koniec. Zmieszany zapytał, czy coś się stało? Tak, odpowiedziałam patrząc w jego zaniepokojone oczy – masz żonę. No i długim swoim milczeniem, tylko to potwierdził.

Przyjeżdżał potem kilka razy prosząc o spotkanie i rozmowę, mówił że się wkręcił, że się zakochał, że nie mogę tak nagle tego przerwać.

Więc to nie to, to nie moja miłość na którą czekam. Skąd to wiem, bo jest dzień jak co dzień, bo nie płaczę, bo nie tęsknię. Bo rozmawiając z nim ostatni raz, przez gardło swobodnie płynęły moje słowa, a serce bez większych emocji pompowało krew do ciała. Po wszystkim bałam się tylko jednego, że jestem pozbawiona uczuć, że nie będę w stanie nikogo pokochać.

No a teraz, już tydzień siedzi w moim umyśle i sercu. Jak pasożyt, który pozbawia mnie sił, nadziei i radości. Coś się zaczęło i nie chciałabym żeby się skończyło. Wystarczyły cztery dni spędzone razem. Obudził mnie. Chęci i natchnienie czerpię już tylko ze wspomnień, ale wiem, że potrzebowałam tego. Doznałam mnóstwa nieznanych emocji.

                                                               *

Trzy lata temu założyłam Instagrama, to było po wakacjach nad morzem. Moja córka i siostra, robiły wtedy dużo zdjęć i wciąż gdzieś je dodawały. Po roku i ja założyłam konto. Pierwszym dodanym zdjęciem, była fotka z tamtych wakacji, którą zrobiła mi Martyna.

Moją pocztę instagramową dosłownie zalewały wiadomości, dziwiłam się, ponieważ mając od kilkunastu lat Facebooka, nic takiego nie miało miejsca. Nachalność niektórych ludzi nie znała granic. Przychodziły propozycje matrymonialne i propozycje spędzenia jednej nocy. Nawet ktoś kiedyś napisał, że chciałby mieć swój pierwszy raz ze mną. Na początku byłam poirytowana, a czasami wkurwiona. Bardzo szybko przestałam je czytać i wszystkie spamy kasowałam zbiorowo, bo Instagram dawał taką możliwość. Więc od długiego czasu mam naprawdę spokój.

Tylko czasami jeszcze ktoś napisze wiadomość tego typu, że mój chłopak to najbardziej szczęśliwy człowiek na świecie, bo ma mnie.

     – Słyszysz chłopaku!!! Hej chłopaku, którego nie mam!

Pewnego wrześniowego popołudnia dostałam wiadomość. Składała się z kolażu moich instagramowych zdjęć i z zapytania – Basketball???

No tak, w opisie profilowym napisałam, że moją pasją jest koszykówka. Chodziłam z Kajtkiem i przyjaciółmi na mecze, ale to oni bardziej niż ja kochali koszykówkę. Na profilu od czasu do czasu umieszczałam zdjęcia z meczy i z oficjalnych spotkań z koszykarzami. Ba, nawet byli moimi znajomymi na Facebooku i Instagramie, ponieważ mieliśmy w naszym mieście drużynę koszykówki, plasującą się od lat bardzo wysoko w pierwszej lidze. Któregoś piątkowego wieczoru, kiedy Kajtek był u swojego taty, urządziłam wieczorek z moimi trzema przyjaciółkami. Wszystkie wraz z naszymi rodzinami byłyśmy fankami miejscowej drużyny. Jednak tylko Daria była „nadfanką” i skarbnicą wiedzy, w związku z czym o naszej polskiej lidze wiedziała wszystko. Więc jak na „nadfankę” przystało, podczas imprezy, na stole wśród sałatek, leżał jej telefon podparty czym tylko się dało i transmitował na żywo mecz naszych koszykarzy. Tempo picia drinków przebiegało na równi z tempem gry jakie narzucili nasi, a więc szybko i dynamiczne. Daria tak się rozemocjonowała, że bałyśmy się interwencji sąsiadów, a ona tylko klęła na przeciwników. Szczególnie, gdy cały mecz zawodnik z przeciwnej drużyny, upierdliwie miał coś rasistowskiego do naszego „numeru jeden.” No i stało się, kiedy zawodnicy na środku boiska podawali sobie dłonie, dziękując w ten sposób za mecz, nasz amerykański rozgrywający (numer jeden), uderzył ręką w twarz polskiego skrzydłowego z przeciwnej drużyny. Spoliczkowany mięczak upadł na boisko i długo zwijał się z bólu. Szkoda, że na słowne ataki, nie można upaść i zwijać się z bólu, czasami bardziej bolą niż policzek w twarz.

Rozjuszona Daria przejęta całym zajściem, kazała mi natychmiast wysłać wiadomość do naszego rozgrywającego. Głośno recytując dwa słowa: „Jesteśmy z tobą.”

– Dlaczego ja? – protestowałam skołowana. – Też jest twoim znajomym na Fejsie.

     – Kurwa zawieszą go – stłumiła gniew, tylko na moment, gdy piła drinka. – Bo tobie odpisze – skwitowała. Wzruszyłam z niedowierzaniem ramionami i uraczyłam ją pytającym spojrzeniem.

Daria założyła nogę na nogę.

     – Pamiętasz jak w ubiegłym roku czekałyśmy na powrót naszych dzieci z wycieczki? Autokar spóźniał się z dobre pół godziny, a zmartwieni rodzice pisali smsy do wychowawczyni.

     – No, ale co ma wspólnego jedno z drugim? – znów wzruszyłam ramionami.

     – A to, że Pani nikomu nie odpisywała – mówiąc to pochyliła się w moją stronę. – Poprosiliśmy Ciebie żebyś do niej wysłała smsa, no i oczywiście zaraz miałaś odpowiedź.

     – Nie porównuj koszykarza do naszej wychowawczyni – zaśmiałam się. – Jesteś fanką, więc odpisze.

     – Nie odpisze – oznajmiła przekonana. – Już kilaka razy życzyłam mu powodzenia i wysyłałam gratulacje za wygrane mecze…

Przez ułamek sekundy wyczułam rozczarowanie w jej głosie.

Sięgnęłam po swój telefon i posłusznie wyszukałam go na Messengerze.

     – Ok, dwa słowa „Jesteśmy z Tobą” – napisałam treść i podpisałam – Twoje fanki – wymieniając nas cztery z imienia i nazwiska, żeby sobie nie myślał…

Odpowiedź nadeszła po minucie, jak bardzo dziękuje i docenia to. Napisał, że ten skrzydłowy obrażał go przez całą grę, o czym informował sędziego. Po zakończonym meczu osobiście zwrócił mu uwagę, a ten znów go obraził, rzucając podły rasistowski tekst. Wyznał, że mu przykro, ale nie wytrzymał…

Od tamtej pory pisywaliśmy do siebie, co prawda bardzo rzadko, ale miło było dostać od niego życzenia urodzinowe. Czasami patrzyliśmy na siebie podczas meczy. Ostatni raz widziałam, go na uroczystości z okazji zakończenia sezonu. Przyjaciółka zrobiła nam wspólne, pamiątkowe zdjęcia. Nie ukrywam, że gdy stałam obok niego, a on objął mnie mocnym uściskiem, trzęsłam się. Nie zostałam do końca pożegnalnej imprezy. Późnym wieczorem, „numer jeden” przesłał wiadomość z zapytaniem, dlaczego nagle zniknęłam? Podkreślił, jak bardzo mu było miło poznać mnie osobiście i żałuje, że nie mieliśmy okazji porozmawiać.

Ajjj, i co ja miałam odpisać? Przesłałam plik wspólnych zdjęć z życzeniami powodzenia. Byłam bardzo ostrożna, ponieważ wśród moich przyjaciół krążyły opowieści, że koszykarze spotykają się z miejscowymi dziewczynami na seks. Nie jestem zakonnicą i nie będę udawała zgorszonej, przecież to samo życie, tylko ja oczekiwałam miłości, nie chciałam wyjść naprzeciw rzeczywistości. Po wakacjach wyjechał do Francji skąd kontaktował się ze mną. Planowaliśmy nawet spotkanie, jednak z czasem on zamilkł i ja też…

                                                                  *

Któż to taki, wątpi w moją pasję do koszykówki!? Jeszcze raz odczytałam wiadomość, przyglądając się sobie na nadesłanych zdjęciach.

     – Basketball???

 

Od czego zacząć?

Od czego zacząć? Zawsze musi być początek czegoś, żeby potem to coś mogło mieć swój koniec, więc może zacznę od płaczu. Tak od kilku dni płaczę, ale nie jest to głośne szlochanie. To dziwadło zaczyna się od palącego uścisku w klatce piersiowej, coś jak bolące serce i uchodzi jak gejzer do gardła, lecz nie wybucha, tylko cichutko otacza je gorącą lawą dusząc. Bezdźwięczny płacz „dziwadło”, słyszalny tylko dla duszy i nie zrozumiały dla mózgu. Płacz, który nie wyzwala, nie przynosi ukojenia. Pieką mokre policzki, chwilowy katar zatyka nos i choć patrzę na wszystko piękne co mnie otacza, to cierpię.

Może pora na analizę, na za i przeciw, tak wiele mam w głowie. Pokochałam samotność. Mój dom, moje dzieci, moja rodzina, moi przyjaciele i ja. Mój świat we wszechświecie i szczęśliwa ja, wiem to. Tak bałam się intymności, kiedy jesteś 24 lata z jedną osobą, a potem długo, długo nic… zamykasz się, tworzysz blokady i szyfry, trudne do odkodowania przez samą siebie, nie mówiąc już o osobie, która próbuje się do ciebie przebić.

                                                             *

Spotkanie klasowe. Zorganizowane w odległym o kilkadziesiąt kilometrów od mojego miejsca zamieszkania mieście, tylko dlatego, że w 7 klasie podstawówki moja rodzina wyprowadziła się. Dzięki portalom społecznościowym wszyscy się odnaleźli i urządzili imprezę z okazji 35 – lecia klasy. Pojechałam tam z koleżanką, którą bardzo lubiłam w podstawówce. Zajechała po mnie, również z innego miasta. Jej mąż obiecał, że po imprezie zabierze nas i bezpiecznie odtransportuje do naszych domów. Czekać na sygnał od nas miał u swoich teściów, bo to było rodzinne miasto mojej szkolnej przyjaciółki.

W samochodzie Jola wyciągnęła cytrynówkę własnej roboty, orzesz ty! Niebo w gębie! Kiedy dojeżdżaliśmy do dyskoteki, gdzie ów spotkanie miało się odbyć, wiedziałyśmy o sobie już wszystko, miłość między nami zakwitła, jak za szkolnych czasów. Pożegnałyśmy się z małżonkiem i jako papużki nierozłączki wkroczyłyśmy na imprezę. Oczom naszym ukazał się potężny lokal, z błyszczącymi kulami dyskotekowymi, a w uszy wlały się dźwięki „Flames of Love”. Dookoła uśmiechnięte i nieznane twarze.

     – Kurwa, to chyba nie ten lokal – cicho wrzasnęła zaniepokojona Jola, złapała za torebkę i sprawdziła, czy resztka cytrynówki spoczywa na dnie torby. – Zobacz – ciągnęła dalej tym cichym wrzaskiem – tu są sami starzy ludzie.

Już co niektórzy, zaczęli na nas zerkać, równie zdziwieni jak my.

     – Spokojnie, zobacz są i młodzi – rozbawiona utwierdzałam przyjaciółkę, że to dobry adres. – Gdzie idziemy? – zapytałam, kiedy za dużo spojrzeń zaczęło mi ciążyć.

     – Do kibla! – i zanim jej słowa dotarły do mnie, byłyśmy już w jasno oświetlonej białym światłem, toalecie, a przy lustrze stały dziewczyny, być może w naszym wieku i poprawiały swoje idealne makijaże.

     – Dobry wieczór – przywitałam się. Pierwsza odpowiedziała blondynka malująca usta, rozpoznałam w niej moją koleżankę z podwórka, która w dzieciństwie nie chodziła ze mną do tej samej klasy. Owszem, bawiłyśmy się w berka, gotowałyśmy obiady z chwastów i kamieni, zalewanych wodą z kałuży, ale żeby do jednej klasy?!

Jednak ten kibel, to dobry pomysł był, po 15 minutach rozpoznałyśmy już z sześć koleżanek, cytrynówka Joli smakowała wszystkim. Wiedziałyśmy już kto z kim, kto sam i kto ile dzieci. Nawet poszłyśmy dalej i zaczęłyśmy pokazywanie tatuaży, liczyły się też te permanentne zwane makijażem. Najwięcej braw dostała Krystyna, gdyż okazało się, że jej „permanentny makijaż” brwi, to prawdziwy tatuaż na całe życie.” – Krystyna na Prezydenta! – krzyczał tłum.

Cytrynówka się skończyła i wówczas zauważyłyśmy, że spotkanie klasowa trwa wciąż w kiblu, bez udziału mężczyzn. Gwiazdy postanowiły wyjść z ukrycia.

No i poszło gładko, komplementów nie było końca, dobrej zabawy, tańców i alkoholu. Co się okazało, że połowy osób nie znam, z przyczyn rejonizacji. Kiedy się wyprowadziłam, utworzyli nowe klasy i w siódmej klasie przybyło dużo świeżego narybku.

Nie mam pojęcia, czy to zasługa procentów, ale wszyscy byli cudownie szczerzy.

     – Jola, ty to byłaś łobuz, wiesz bałam się ciebie – towarzystwo siedzące wokół stolika milknie, kiedy szczerość, chyba Edyty o ile dobrze zapamiętałam jej imię, dociera tam, gdzie miała dotrzeć.

– Dlaczego? – pyta moja Jola i kiedy się uśmiecha w policzkach ukazują się dołki, a błyszczące jej oczy świdrują szczerą Edytę.

    – No przecież, ty się z chłopakami biłaś! – odważnie odpowiedziała szczera. Moja Jola zmierzyła ją badawczym wzrokiem.

    – Pij – rzekła do szczerej moja chłopaczura, nie zmieniając cudownego uśmiechu.

     – Już nie mogę! – wykrzyknęła Edyta, widząc swój pełny kieliszek.

    – Pij, bo Ci wpierdolę!

Nic nie mówiąc Edyta, przechyliła kieliszek i wlała w gardło całą zawartość wódki. Widać, Jola pomimo swojej dorosłości i czwórki dzieci (rodzina zastępcza, cudowna łagodna matka, rewelacyjna żona i zagorzała obrończyni praw zwierząt), zachowała swój status siłaczki.

Po zwycięstwie drużynowym w kręgle, poszłam z Jolą grać w bilard. Było to małe pomieszczenie z czterema stołami, och ulga, azyl od tańczącego, głośnego tłumu. Wszystkie dźwięki dochodziły stłumione. Odgłos bil odbijających się od siebie, zieleń stołów bilardowych i słaby zapach alkoholu zmieszany z dymem papierosów stworzył klimat, który sprawił, że poczułam się inaczej. Nie wiem jak inaczej, ale wiem, że to nie przypominało uczucia rutyny dnia codziennego. Nie przypominało tej samej drogi do pracy, tych samych twarzy na co dzień, tych samych sklepów i tych samych słów.

W moją samotną przestrzeń wkroczył, nie wiem skąd, mężczyzna! Jakby wiedział, w którym momencie to zrobić. Stał obok mnie, albo obok stołu do bilarda i wykorzystując mój niecodzienny stan umysłu, wyciągnął rękę.

    – Marek – jego błękitne oczy zderzyły się z zielenią moich.