…za namową

Pewnego wieczoru, gdy wróciłam z kina, za namową przyjaciółki, zalogowałam się na stronie randkowej pod pseudonimem Ada 40. Miesiąc wcześniej, oczywiście moja mama z moją ukochaną siostrą żarliwie mnie namawiały na ten milowy krok, lecz moja bojowa postawa szybko je zniechęciła. Mama wyszukiwała dla mnie ogłoszenia w swoich kolorowych czasopismach, od samotnych panów. Kiedyś wpadałam po pracy zabrać Kajtka, a ona podekscytowana, podłożyła mi pod nos zdjęcie samotnego Pana doktora, który miał farbowane czarne włosy i wywinięte w górę sumiaste wąsy, zresztą też farbowane. Popatrzyłam wtedy bardzo głęboko w jej oczy, żeby się upewnić, czy robi sobie ze mnie jaja, czy bierze to na poważnie. Bez słowa odłożyła gazetę, rozumiejąc swoją własną desperację co do mojej osoby. Dlaczego inni mają wobec Ciebie tyle planów?

Na utworzony świeżo profil dodałam, krótki opis, napisałam odpowiedzi na tonę pytań o sobie. Połowa z tego to życzeniowe myślenie, chciałabym to lubić, choć nie lubię, ważna jest szczerość, choć nie w każdej sytuacji. Nałogi? Dlaczego tylko papierosy i alkohol? Co cenię w ludziach, jaka jestem. Nie wiem, jestem na etapie poszukiwania samej siebie!

No i stało się, lawina wiadomości na fikcyjną mnie ruszyła. Czytałam i oczom nie wierzyłam. Odpowiedziało ponad dwudziestu chętnych na spotkanie Panów, tylko proszą o zdjęcie, bo zapomniałam dodać. Serce mi waliło w nogach, w brzuchu, w głowie i wszędzie. Może to nie serce, tylko moja ciemna strona duszy usiłowała się uwolnić.

O północy siedziałam przy laptopie i miałam wrażenie, że zamiast mnie siedzi teraz Ada40. Nie znałam jej w ogóle. Wymyśl coś Ada40, działaj, proszę. Ponad 15 kandydatów odrzuciłam, intuicyjnie ich odfajkowałam, a u kilku nie podobał mi się ich nick i sposób pisania. Do kilku odpisałam kopiując ten sam tekst i nie dodając swojego zdjęcia. Miałam tajemnicę, uwierała jak za ciasne buty, których nie chciałam się pozbyć. To pewnie pieprzone zastępstwo – pomyślałam – na moją samotność, na moją nudę, na mój brak czasu, na moje myśli, których jeszcze nie próbuję analizować. Tajemnica jako zastępstwo dla samotnych nocy. Zeszła ze mnie adrenalina zmian! Zaczynam odczuwać potrzebę czyjegoś dotyku…

Pierwsze oszołomienie minęło i postanowiłam wycofać się z chęci randkowania. Wysłałam do wszystkich informację, że zalogowałam się na ten portal w akcie desperacji i przeprosiłam.

Cisza. Brak odpowiedzi, czuję lekkie rozczarowanie, że żaden ze mną nie flirtuje, nie walczy o mnie, mimo wszystko nie prosi o spotkanie, nie przekonuje, że desperacja to nic złego. Cisza…

Wrzesień był wyjątkowo piękny, ja mimo to zachorowałam. Katar i ból gardła pozbawił mnie radości z pięknej pogody, a rano i tak musiałam wstać, żeby zawieźć mojego pięcioletniego Kajtka do zerówki. Mój słodki synek nie akceptował tego stanu, jest aspołeczny, nie chodził do przedszkola. Pokazuję mu jaka jestem dzielna, zapewniając, że odbiorę go o czasie, uśmiecham się, tulę, głaszczę, a to wszytko po to, żeby mu uświadomić, że zerówka to najzwyczajniejsza rzecz w świecie. Widzę jednak, że moje gesty go nie przekonują. Dziwi się, że nie może zostać jak dawniej z Babcią. Cierpi a ja razem z nim. Przerabiam to już drugi raz, Martynka reagowała tak samo, gdy była w jego wieku.

Zdruzgotany moją stanowczością Kajtek został w klasie, a ja zdruzgotana jego rozdartym sercem wsiadłam do samochodu. Promienie porannego słońca powoli przedzierają się przez szyby, gdy wyjeżdżam z cienia i docierają do mnie przyjemnie. Kicham kilka razy zanim się do nich przyzwyczajam. Jadę powolutku pustymi ulicami. W uszach dźwięczą słowa „życie jest małą ściemniarą, wróblicą, wygą, cwaniarą plącze nam nogi i mówi idź, wkręceni w zgubną nić…” Łapię oddech i zaczynam krzyczeć …wkręceni… wkręceni… wkręceni… Poczułam ulgę, ścigające słońce, oplotło moją zapłakaną twarz kojącym ciepłem. Samochód stał się moją oazą podczas dwudziestominutowej jazdy. Wracam do domu wyciszona i znów jestem sama, przełykając ślinę czuję ból gardła. Chyba mam gorączkę, nie sięgam jednak po termometr, nie chcę się rozklejać, wolę myśleć, że jestem zdrowa.

… a po burzy spokój

Zamilkłam na dobre, a w tym czasie w mojej głowie trwał chaos. Jedna myśl goniła drugą. Czułam, jak moja dusza nie mogąc znieść dręczących myśli oderwała się od ciała na bezpieczną odległość. Powracała nocą, żeby ze mną płakać, kiedy nikt nie patrzył.

Funkcjonuję jak cyborg ze sztucznym uśmiechem, ale już szczęśliwa, w wynajętym mieszkaniu. Wnętrze jest tragiczne, pamięta lata 70-te, jednak dla moich dzieci to duża atrakcja, jakby zamieszkały w muzeum WOW! Kasetony na sufitach i kryształowe żyrandole ciążyły mi nad głową. W przedpokoju zamiast wieszaków przytwierdzone były rogi jelenie, a na podłogach wylegiwało się sraczkowate gumoleum. To tylko kilka z licznych atrakcji w tym mieszkaniu. Jednak czas naglił, więc wyprowadzeni, musieliśmy gdzieś zamieszkać. Pokochaliśmy to miejsce. Sami je pomalowaliśmy, położyliśmy wykładziny i kupiliśmy trochę mebli. Powstał też pierwszy wspólny album, utrwalający remont. Nasze w nim roześmiane miny – bezcenne. Uwiecznione popaćkane buzie, w kolorach farb używanych do malowania pokoi, śmieszne stroje, czapki i niepowtarzalny klimat, sprawiły, że stał się on hitem wśród przyjaciół Martyny.

Nareszcie podłączyli internet! Loguję się, mam duże zaległości, tyle wydarzeń u znajomych na Facebooku i pięknych zdjęć. Cholera, wszyscy są szczęśliwi! Ja też już jestem szczęśliwa, tylko bez faceta. Dopiero teraz czuję się jakbym była całością samej siebie, a nie czyjąś połówką. O znalazło się coś dla mnie, kolega udostępnił zdjęcie z fanpage’a – Jestem wolny(a) i chuj, wraz z cytatem „Nie ważne jak mocno się starasz i tak wszystko się pierdoli.”  W tle długowłosa blondynka, która nie wygląda jakby wszystko się jej pierdoliło. 

O, znowu kolega udostępnił zdjęcie tego samego fanpage’a z cytatem w sam raz dla Was, już Wy wiecie dla kogo „Środkowy palec dla wszystkich, których nie było, kiedy ich potrzebowałam.”                                                                         

                                                                               *

Synek śpi wtulony w moje włosy, spokojnie oddychając, a córeczka, moja maturzystka, jeszcze uczy się siedząc przy stole owinięta kocem. Ja ze spokojem nasłuchuję oddechów, ruchów, szelestów, które powodują moje dzieci. Daję im poczucie bezpieczeństwa, kochamy się mocno. Budzę się w piękny marcowy poranek, to nowość, że w ogóle zauważyłam jego piękno. Obok jeszcze twardo śpi Kajtek i to też jest nowość! Wstaję wyjątkowo długo, mijając ostrożnie małego śpiocha. Promienie słońca ogrzały mi drogę do pokoju Martyny, przez uchylone drzwi widzę jak przewraca się na bok.

    – Halo – mówię, jakbym śpiewała kołysankę. Spod kołdry uśmiechnął się do mnie czubek nosa.                                                                           

                                                                          *

Kolejne kilka miesięcy minęło w ferworze nowych relacji, nowych wyzwań i nowych postanowień. Martyna wspaniale zdała maturę i dostała się na upragnione studia. Moja mądra dziewczynka!                                                                           

                                                                         *

Mam wspaniałe koleżanki i jeszcze cudowniejsze przyjaciółki, które po roku mojego celibatu towarzyskiego, wepchały mnie na dyskotekę. Całą noc przetańczyłam z nieznajomym – żonatym facetem i z poczuciem winy, że zdradzam swojego eks. W końcowej fazie imprezy zaproponował mi wyjazd za miasto. Na szczęście i nieszczęście nie posiadałam doświadczenia w opuszczaniu dyskoteki z nieznajomym. Mimo łączącej nas chemii, nie miałam ochoty na seks. No, może zranione serce nie, bo wilgotna część mojego ciała wołała TAK! Nieznajomy trzymał moje dłonie w swoich dużych dłoniach i pochylając się nade mną szeptał różne głupstwa, oddychając podniecająco. Jednak bezwiednie zadziałała solidarność jajników, bo odmówiłam przystojnemu, – żonatemu. Na samą myśl, że kiedyś będę musiała się z kimś przespać, ogarniała mnie panika. No właśnie za dużo myślałam! …może za mało wypiłam?   

Myśli

Człowiek obdarowany został mową po to, aby ukryć swoje myśli.

                                                              Charles-Maurice de Talleyrand

Zawładnęły mną myśli, cokolwiek bym nie robiła, to i tak męczą moją głowę. W pracy, z przyjaciółmi, na zakupach czy w domu nie pozwalają mi w pełni skupić się. Wciąż i wciąż myślę, przestałam już śnić, bo myśli przepędziły sny. 

Stoję w miejscu i nie wiem czego mi brakuje. Banałem byłoby powiedzenie, że miłości. Jednak dawno, dawno temu (szczęście, że o tym pamiętam) liczyłam pierwsze pocałunki i suszyłam kwiaty, które dostawałam, a dziś liczę ile to już razy nie obchodzę walentynek i usycham sama. Już nie dotykamy się mijając, omijamy się nie dotykając. Namiętne pocałunki zastąpił oficjalny, fikcyjny, posłany gdzieś w powietrze cmok. Kiedyś byłam szczęśliwą, kochaną i kochającą młodą panną, teraz jestem nieszczęśliwą, niekochaną i nieodwzajemniającą uczuć starą panną. Nie mieliśmy ślubu, bo przecież szczęśliwi czasu nie liczą i nie muszą się formalnie wiązać! Jedyna słuszna więź to splecione dłonie i połączone w jedno nasze serca. Moja głowa, moja zaatakowana myślami głowa. 

Sylwestrowa noc, jak zwykle jesteśmy skłóceni. Dlaczego nie potrafię już sobie wmówić, że to mądry i dobry człowiek, który nigdy by mnie nie zdradził i nie okłamał. Czuję dziwny niepokój. Leżę w salonie obok śpiącego synka i oglądam telewizję. Denerwują mnie śmiechy i muzyka. Zerkam ukradkiem przez ramię. Grzegorz siedzi przy komputerze z zawziętą miną, może dlatego, że ma misję do wykonania. Między strzelaninami w komputerze popija drinka. Jestem już naprawdę śpiąca, ale czekam na magiczną północ. Wiem, że się pogodzimy i moja cierpliwość zostanie wynagrodzona. Zaczęło się telewizyjne odliczanie. Zerwałam się z łóżka otwierać szampana. Dyskretnie spojrzałam na Grzegorza siedzącego przy komputerze i pijącego drinka. Serce mi wali, jestem pełna nadziei, że zakończę Stary Rok wtulona w jego ramiona. Z telewizora słyszę radosne… 10, 9, 8, 7, 6… słyszę też szuranie krzesła, wstał, trzymam kieliszki z których iskrzy się świeżo nalany szampan… 5, 4… uśmiecham się, bo Grześ idzie w moim kierunku… 3, 2, 1… przeszedł obok, nie spoglądając w moją stronę, jakby był sam w domu! Wyszedł na taras oglądać rozświetlone od petard niebo. Zastygam, chyba umarłam. Jedynym żywym istnieniem jest buzujący szampan w lampkach, które jeszcze jakimś cudem trzymam. Moje tętno wariuje. Wypijam jednym tchem jedną lampkę za drugą! Czuję, jakbym wlewała w siebie na nowo tchnienie. Oddycham, moje ręce jeszcze drżą, a nogi jakby stawiały pierwsze kroki. Zabieram śpiącego Kajtka do sypialni.

Patrzę przez okno w czarną otchłań, boję się jutra, ale już wiem, że jestem wolna. Słyszę radosne okrzyki i muzykę, na dźwięk której jeszcze całkiem niedawno, poszłabym w tango. Teraz nawet kołdra, zamiast mnie otulać, przygniata i ziębi. Cała drżę zawładnięta skrajnymi emocjami. 
Już nie chcę zawalczyć, zapomniałam za czym można tęsknić. Wiem, że kurtyna powoli opada. To bardzo teatralne, lecz życie to nie teatr, nie można zejść ze sceny.